niedziela, 14 kwietnia 2013

"Baczyński", reż. Kordian Piwowarski


"Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?"

Szalenie wartościowy jest ten moment, w którym będąc w kinie, nie mogę oderwać wzroku od szklanego ekranu. Wówczas nic nie zdoła zaważyć na mojej koncentracji. Żaden szmer, cichszy lub głośniejszy chrzęst. A piszę o tym nie na darmo. Najnowsze dzieło Piwowarskiego nie tylko zaintrygowało mnie niestandardową realizacją, ale i wprawiło w szczerą zadumę.

Projekt filmu zaczął powstawać trzy lata temu. Miał być dokumentem niszowym, przeznaczonym na cele jednej ze stacji telewizyjnych. Pracę przerwano, a następnie wznowiono, zmieniwszy ogólny zamysł oraz koncepcję. Osobiście mam problem z tym, by nadać "Baczyńskiemu" konkretną przynależność gatunkową. To udany eksperyment artystyczny. Połączono w nim cechy fabularne i dokumentalne. Całość została dopełniona slamem poetyckim, a więc nowatorskim pomysłem publicznej rywalizacji między deklamatorami, śpiewakami. Niebanalność świadczy o pionierskiej idei, a także chęciach reżysera, aby działać i kierować się innowacyjnością.

Ślad fabuły nie został szczegółowo rozwinięty, gdyż sama produkcja trwa nieco ponad godzinę. Godne uznania jest to, że twórcy zdecydowali się na ukazanie wewnętrznych rozterek tytułowego artysty, jego trudów związanych z codzienną walką o przetrwanie. Nie zabrakło wątku małżeństwa z Barbarą oraz relacji z matką, Żydówką, która ryzykowała życiem, pozostając po aryjskiej stronie. Zrezygnowano z ujawnienia skrzętnych zapisów działalności konspiracyjnej Baczyńskiego, ograniczając je do koniecznego minimum. Nie mogłabym pominąć istotnego faktu pojawiających się wypowiedzi żyjących świadków wojennych.




Nad grą aktorską nie zamierzam się zastanawiać, rozwodzić. Odnoszę wrażenie, że popis talentów nie sprawdza się w tego typu ambitnym obrazie. Natomiast muzyka Bartosza Chajdeckiego uwzniośliła mnie, podobnie jak utwór wykonany przez Czesława Mozila i Melę Koteluk ("Pieśń o szczęściu").

A tak na koniec krótkie pytanie. Ostatnio z MuWi wpadliśmy na pomysł pisania w formie dialogu o filmach, które sami nam zaproponujecie. Co Wy na to? Bylibyście chętni na tzw. "recenzje na życzenie"? Dajcie znać. 

Archibald Sofia

środa, 3 kwietnia 2013

Błękit



Nie wiem, jak Wy, ale ja mam czasami tak, że jakiś konkretny film kojarzy mi się z jakąś konkretną rzeczą, albo kolorem, albo uczuciem/stanem, melodia. Tak też mam z "Le grand Bleu" - "Wielkim Błękitem".
I od razu muszę dodać, że pojęcie "błękit" działa tu u mnie dwojako.
Wpierw jako faktycznie pierwszy kolor skojarzenia: jest rzeczonego "błękitu" mnóstwo (spokojnie, bez nerwów: o odcieniach piszę poniżej). Jak dla mnie: tytuł wcale nie uogólniony, ale trafiony - w moim odczuciu (czyt. widzeniu) w 100%. 

A po wtóre: jako kilka literek "b-ł-ę-k-i-t", pod którymi kryje się feeria barw i ich odcieni wkomponowanych w rzeczywistość, jaką jest OCEAN. A że może być on kolorowy - niech dla tych, których "zmuliło" dłuuuuuuugie przedstawianie Oceanu w "Wielkim Błękicie" zamiennikiem będzie mega kolorowe "Życie Pi" i ocean w tak bogatej palecie barw, że chyba nawet miłośnikom impresjonizmu opadły szczęki z wrażenia (przy okazji: mówię o wrażeniach z projekcji w 3D). 

Historia? Fabuła? Powiadają niektórzy, że nudna. Jeśli wziąć sekwencyjność scen rywalizacji o rekord: raz niżej pod wodę schodzi Enzo, a za chwilę Jacques - to może i tak. Ale: jeśli włączyć w to takie rzeczywistości jak "mistrzostwo", "współ-zawodnictwo" i przede wszystkim "PASJA" - to nie ma mowy o ziewaniu! Tak! Nawet przez owe ponad dwie i pół godziny! Jednym słowem: się Bessonowi udało mnie wciągnąć. 




A! Zapomniałbym: jak się zabierałem do tej wypowiedzio-recenzji, to odświeżyłem sobie scenę błękitu fal oceanu płynących z.... sufitu. Genialne! (A zważywszy na rok produkcji - także ciekawe technicznie).

Melancholia w filmie jest? A jakże! Czemu nie skojarzyć "blue" i "blues" (niech mnie nie zjedzą angliści!). Ale melancholia głębsza: tęsknota za ludzką nieograniczonością, za ludzkim wkraczaniem tam, gdzie człowiek jest gościem. "GŁĘBIA" - bo taki podtytuł można byłoby chyba nadać - przyciąga tajemniczość. Jest też - bez dwóch zdań - groźna: scena z opadającym Enzo mrozi. 

Aktorsko: dali odczuć pasję = plus dla Barra i Reno! Muzycznie: rozkołysało! Zdjęcia: szkoda, że tapeta ekranu komputera jest tylko jedna, bo kandydatów sporo! Scenariusz i reżyseria: mimo długości, jak dla mnie obronione: nie ziewałem!




Kończąc: hasło "Wielki Błękit" zawsze skojarzy mi się z głębią, pasją, współ-zawodnictwem, delfinami. Z Błękitem!


MuWi



środa, 27 marca 2013

Festiwal Filmowy to niegłupia sprawa

Witajcie!
Ja, jako entuzjastka kina polskiego, nie mogłam przejść obojętnie obok faktu zbliżającego się wielkimi krokami Festiwalu Filmowego "Polonica". Narastająca ekscytacja sięgnęła apogeum, gdy w moje ręce dostał się szczegółowy program tegorocznego eventu. "Syberiada Polska", "Piąta pora roku", "Miłość", "Fuck for Forest" to tylko kilka z propozycji spędzenia produktywnych, bogatych w kulturę wieczorów. Miałam możliwość przyjrzenia się dwóm obrazom.

Pierwszy z nich - "Dzień Kobiet", reż. Maria Sadowska



Pełnometrażowy debiut, który, nie ukrywam, zrobił na mnie spore wrażenie. Przed pójściem do kina wahałam się. Zadawałam sobie pytanie - czy w ogóle warto? Dziś jestem bardzo zadowolona, ponieważ nie uległam rozrastającym się jak grzyby po deszczu nieprzychylnym opiniom internautów.

Bohaterka filmu, Halina, stanowi przykład nieco niechlujnej, lecz z pewnością emocjonalnej, wrażliwej kobiety, której przyszło wykonywać kiepską pracę za marne wynagrodzenie. Szarość dnia codziennego odbijała się echem na wychowywaniu nastoletniej córki ufającej tylko i wyłącznie grom komputerowym. Pojawiła się jednak nowa perspektywa, a mianowicie możliwość awansu. Tym samym dotychczasowe pełniące przez nią stanowisko kasjerki zostało zastąpione znacznie bardziej przyjemną, można by rzecz, wygórowaną posadą kierowniczki supermarketu "Motylek". Bo dyrygować ludźmi jest łatwo, ale robić to zgodnie z prawem sumienia, już nie do końca. Oscylując między zwierzchnikiem a podwładnymi, utworzyła się swoista siatka zależności, z której droga ku wyjściu nie będzie należała do najprostszych. 

Poważny temat, ale nie brak w nim dobrego, przemyślanego humoru, który momentami odsuwał na boczny tor skumulowane napięcie. Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługuje odtwórczyni głównej roli, Katarzyna Kwiatkowska oraz tło aktorskie, na które składały się bardziej bądź mniej zaangażowane kreacje. 

Drugie dzieło - "Być jak Kazimierz Deyna", reż. Anna Wieczur-Bluszcz


Doprawdy, aż trudno uwierzyć, że tak pozytywny, zabawny, przyjemny film powstał akurat w naszym kraju, w którym wszelakiej maści twórcy/reżyserzy/scenarzyści lubują się w przedstawianiu na ogół trudnych tematów. 

Poznajemy Kazika, chłopca urodzonego dokładnie tego samego dnia, kiedy to Kazimierz Deyna podczas meczu Polska - Portugalia strzela słynną bramkę, jednocześnie powodując chmarę szaleństwa w gronie zaściankowego, komunistycznego narodu. Bynajmniej nie jest to opowieść o dalszych losach zasłużonego futbolisty. Śledzimy dzieciństwo i okres dorastania młodzieńca, na jego wczesnej dorosłości kończąc. Znaczące imię do czegoś zobowiązuje. Ojciec, Stefan, pragnie zaszczepić w dziecku ducha walki, którego z pewnością posiadał adorowany przez niego Deyna. Zaprowadza go zatem na treningi piłki nożnej, mając nieskromną nadzieję, iż syn zdoła, na mniejszą lub większą skalę, ten sukces powtórzyć. Upłynęło wiele czasu, a nieletni jest ewidentnie na bakier ze sportem. Postanawia zaprzestać swoich sił i znaleźć własny cel, który nie będzie wyłącznie wytworem pragnień maniakalnego rodziciela.

Szalenie miły seans powodujący permanentny uśmiech na twarzy. A przynajmniej tak było w moim przypadku. Duet Bluszcz-Muskała ukazał pewnego rodzaju kompatybilność, współistnienie. Warto by również wyróżnić Jerzego Trelę wcielającego się w postać dziadka, który mimo sporadycznych, aczkolwiek mocnych wejść, na długo pozostaje w pamięci.

Pamiętam, że zeszłoroczne doświadczenia związane z tym przedsięwzięciem rozczarowały mnie znacznie bardziej. Może to ze względu na mniej interesujący dobór repertuaru. Na chwilę obecną zostawiam Was z pytaniami - co sądzicie na temat Festiwali Filmowych? Uczęszczacie na nie? Traktujecie je jako luźny przegląd szumnych tytułów czy jesteście nastawieni na zapoznanie się "od podszewki" z tego typu imprezami?!

Archibald Sofia



piątek, 15 marca 2013

"Nędznicy", reż. Tom Hooper (recenzja dialogowana)




MuWi: Sofia, pochwalę Ci się. Byłem w kinie na musicaluuuuuuu! I żyję! :)
Archibald Sofia: I jak wrażenia?
MuWi: Powiem trochę przekornie: gdyby nie 15 minut reklam przed seansem, to by nie było żadnych dialogów ;) Niemniej, trochę zmieniłem zdanie o musicalach... Aha: byłem na "Les Miserables".
Archibald Sofia: Moim zdaniem jest to propozycja dla bardziej zdystansowanego musicalomaniaka, ponieważ, jak wspomniałeś, kwestie mówione są znikome. Ogółem - podobało się?
MuWi: miejscami...
Archibald Sofia: To dosyć lakoniczne stwierdzenie jak na tak ogromne przedsięwzięcie filmowe :).
MuWi: To zacznę od tego, że rzeczywiście, z rozmachem to zrobili. To na plus! Choć były momenty takie... Pełne Patosu. Lekko "niestrawne" - delikatnie powiem. Zawsze tak jest w musicalach?
Archibald Sofia: Mam wrażenie, że w musicalach ważny jest klimat, aby widz "wtopił się" w opowiadaną historię. Twórcy lubią posuwać się w tym o krok za daleko, a więc wyolbrzymiać dane zagadnienia. Co na temat kreacji aktorskich?
MuWi: Ha! Tu sporo obserwacji poczyniłem! I nie wiem od kogo zacząć. Może po kolei. Najładniejszy głos (barwa, tembr) dla mnie miała Eponine. Bez dwóch zdań. Tym też trochę "ukradła" rolę kobiecą Cosette. Co Ty na to?
Archibald Sofia: Podzielam opinię. Co się tyczy starszej wersji Cosette, dla mnie ona w filmie praktycznie nie istniała. Bardzo rozmyta, niewyraźna, źle poprowadzona postać. Natomiast Hathaway przeszła samą siebie i nawet, jeśli było jej na ekranie niewiele, zapadła w pamięć. Dynamiczna, emocjonalna, lecz tym samym gorsza wokalnie. Czy zasłużyła jednak na Oscara?
MuWi: Bo ja wiem? Nie znam się. A już na pewno nie docieknę gustów Akademii. Mnie się podobała. I jej "podwędzenie" roli Cosette skojarzyło mi się z tym, jak Domogarow "ukradł" Bohunem wrażenie Skrzetuskiego Żebrowskiego. A! Jeszcze dzieci - one zagrały niesamowicie: mała Cosette i Gavroche. 




Archibald Sofia: Pozostała jeszcze Bonham-Carter. Jak zwykle w mrocznej, niebanalnej stylizacji odnalazła się w stu procentach. A jak kreacje męskie? Dla mnie świetny Javert, przyzwoity Valjean, miałki Marius z jego kompanią braci-rewolucjonistów na czele. 
MuWi: Javert świetny? Chyba jako hip-hopowiec z jego melorecytacją! Z całym szacunkiem, ale nie ujął mnie. Choć przyznam, że pod koniec zaczął lepiej śpiewać. Z męskich to Sascha Baron Cohen! Przynajmniej on wniósł świeżość i bez-pretensjonalność! Ale, żeby nie było: najmilej mi się słuchało/oglądało męskie duety - niesamowicie to wyglądało/brzmiało, gdy Valjean walczył z Javertem w szpitalu! Było kilka niesamowitych duetów i trio! Nie uważasz?
Archibald Sofia: Zamierzam jednak bronić Crowe'a i przyjrzeć mu się dogłębniej w innych filmach. Jakoś wcześniej mi umykał. Wracając do muzyki - jesteś w stanie wyodrębnić jeden konkretny utwór, który skradł Ci serce? Po dłuższym namyśle stawiam na "One day more". 
MuWi: Znowu będę nieco przekorny, gdyż żaden utwór (jeśli rozumieć je jako muzyka plus tekst) mnie nie ujął. Ale sama ścieżka dźwiękowa... Mmmm! Dlatego zostałem do końca ostatniego kawałka w czasie napisów końcowych, żeby się sycić muzyką! Bez śpiewu, a jakże! Moim skromnym zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie niektórych momentów z dialogami mówionymi przy jednoczesnym podkładzie fenomenalnej muzyki! A Russell w pierwszej połowie filmu tylko zagłuszał muzykę swoim "zgrzypieniem". Choć potem się poprawił. Ale tylko nieco!
Archibald Sofia: Nie przyznaję racji odnośnie Crowe'a. Był kompletny. Najwyraźniej nie został szczególnie doceniony, bo nawet nie otrzymał nominacji. A szkoda. Co sądzisz o wizualnej stronie filmu?
MuWi: Trochę za czarna jak dla mnie. Ale chyba to przez to, że tak ogólnie nie lubię miasta i jego szarzyzny. Sofia, mogę mieć pytanie? Ty się osłuchujesz w musicalach, to powiedz mi jak to jest: zawsze partie chóralne bywają takie energetyczne? Bo mnie urzekły utwory śpiewane/grane chórami (galerniczy, żebracy, goście karczmy, rewolucjoniści itd) - niesamowicie dodawały tempa. Nawet, jeśli tematycznie nie były koniecznie "wesołe".
Archibald Sofia: Czerń, okołomiejska szarzyzna genialnie kontrastuje z wnętrzem karczmy, z ubiorem państwa Thernardier bogatym w odcienie zieleni, beżu, pomarańczu. Co do Twojego pytania, trudno stwierdzić czy ZAWSZE. Z mojego punktu widzenia, a więc osoby, która nie zna wszystkich czy nawet większości filmów muzycznych, oprawa chóralna zwykle zaskakiwała. Poprzez moc głosów zespolonych ze sobą potęgowało się napięcie, co też wpływało na ocenę klimatu/nastroju produkcji.




MuWi: Niemniej, tę chóralną odmianę patosu uważam za udaną. Ale "napompowane" solówki do mnie nie przemawiają. Więc: trio Eponine-Cosette-Marius oraz chórki (na przykład ten ze slumsów Saint Michelle albo z barykad) TAK! Ale melorecytacja Javerta NIE! Wolę dialogi. A jak Twoje wrażenie, tak ogólnie?
Archibald Sofia: "Les Miserables" zrobiono z impetem. Co prawda doświadczyłam paru nużących momentów, lecz summa summarum - warto obejrzeć. Dla ŚWIETNEGO Crowe'a, bezkonkurencyjnej Hathaway i kilku znaczących utworów.




MuWi, Archibald Sofia

wtorek, 5 marca 2013

"Ładunek 200", reż. Aleksiej Bałabanow



Nie spodziewałam się tak głęboko dotykającej historii Rosji, a wówczas Związku Radzieckiego, okraszonej obyczajowo-politycznym tłem. Po przeczytaniu różnorodnych opinii panujących w internecie nie wiedziałam, czym zostanę nakarmiona. W rzeczy samej, najadłam się do syta, a na wyprawioną mi ucztę pod żadnym pozorem nie mogę narzekać. 

W śmiało rozwiniętej fabule Bałabanow zdecydował się ukazać panoramę społeczną oraz zwykłych mieszczan, którzy wiodą prosty żywot na pierwszy rzut oka pozbawiony skandali. Jednak wraz z upływem czasu widz przekonuje się o tym, że lekka forma jest tylko przedsmakiem brutalnych następstw, nijak nie przygotowuje do wydarzeń mających swój rozkwit w kolejnych scenach. 

Poznajemy młodą dziewczynę, Andżelikę, córkę sekretarza partii, która po dyskotekowych harcach decyduje się na przejażdżkę samochodową z chłopakiem swojej przyjaciółki. Trafiają w samo centrum bezkresu, wzbogacone jedynie o przeciętnie prosperujące gospodarstwo. Nim odbiorca zdąży się zorientować, niewiasta znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie oraz splocie okoliczności zagrażającym jej życiu, a towarzyszący chłopak znika bez śladu. Osobą dopuszczającą się uprowadzenia niewinnej kobiety jest nie kto inny jak komisarz Żurow. Postanawia on więzić swoją ofiarę w czterech ścianach własnego pokoju, przywiązaną do łóżka. Asekurując i kontrolując sytuację, zapobiega rozwojowi niepożądanych wypadków. Mężczyzna czuje chorą fascynację i toksyczne przywiązanie, dlatego nie pozwala nikomu innemu poza nim i matką zajmować się Andżeliką. Pod maską fałszywej humanitarności, którą zakłada w pracy, kryje się zwierzęca porywczość i sadyzm. Oprawca stanowi przykład jednego z wielu służbistów charakteryzujących się spaczonym poczuciem norm moralnych. Można by się zastanowić nad tym, co popycha bohatera do tak radykalnych czynów. Czy jest samotny? A może szalony? Czy jego dotychczasowa egzystencja przepełniona była bólem i odosobnieniem, więc poprzez bunt i postawę skierowaną opozycyjnie do kanonów rządzących bytem, usiłuje wprowadzić pewnego rodzaju porządek?



Twórcy bezpardonowo obchodzą się krytykiem, nie traktują go na tzw. "dwa głaski", racząc pięknymi zdjęciami, przyjemnymi widokami czy pokrzepiającymi dialogami. Seans ten pokazuje w dość efektywny sposób znieczulicę ludzką i moc przebicia oraz działania władz rządzących w państwie. 

Archibald Sofia

niedziela, 24 lutego 2013

A może lektor do tego?

Lektor. A w zasadzie film z lektorem. Reflektujecie?

Tak się ostatnio zastanawiałem nad tym, jak to jest w moim oglądaniu filmów z/bez lektora oraz z dubbingiem. No i sam siebie zaskoczyłem, bo okazało się, że nie jest tak, jak myślałem. 

A myślałem, że to chaos: raz biorę z lektorem, innym razem w oryginalnej ścieżce a dubbingowane - rozumie się samo przez się, że biorę w dubbingu polskich lektorów. Tymczasem...

Uświadomiłem sobie, że niektóre filmy (szczególnie te, do których wracam po raz drugi i następny) lubię oglądać w wersjach oryginalnej i z polskim lektorem. I że jest tu klucz! A kluczem tym jest... głos aktora/aktorki!

Uzmysłowiłem sobie, że nie wyobrażam sobie nakładki polskiego (nawet najlepszego aktora/lektora) na głos Marlona Brando - tę aksamitną chrypę krzywoustego mafioso! Nikt nie zaskrzypi tak jak on "I'll make him an offer, he can't refuse!" Albo - jeśli już jesteśmy przy specyficznym głosie - nikt nie odda bełkotliwie-niezsynchronizowanego języka Johnny'ego Deppa z "Truposza" i "Piratów". Nie wyobrażam sobie też monotonnego głosu lektora nałożonego na Roberto Benigniego z "La vita e bella"! Albo posępnego Clinta Eastwooda - jego się nie da nie słuchać. O jedwabnych głosach wielu aktorek nie wspominając!



Ale od razu moje wspomnienia odbiły piłeczkę i.... Okazało się, że nie wyobrażam sobie też innego głosu osła ze Shreka - niż ten podłożony przez nijakiego Jerzego Stuhra. A owszem - słyszałem Eddiego Murphy'ego - ale to nie to samo! A najlepszy jest Gollum z "Władcy pierścieni" - nie wyobrażam sobie, jak jakiś lektor czyta jego kaszlane "gollum, gollum" (sic!).

Skoro o bajkach mowa - Kaczor Donald, pamiętacie? :)
I na koniec stwierdziłem, że nie oddam głosu na "tak" ani na "nie" po żadnej stronie! Niech sobie istnieją lektorzy, dubbingi i oryginalne wersje razem. A mnie, niech będzie wolno sobie wybierać! I kompromis gotowy! A i jaki twórczy!

Wiem, że ilu oglądaczo-słuchaczy filmów, tyle pewnie preferencji. Te powyższe są moje - mnie się wspomniały na szybko przy tym wywodzie. Ale miło będzie posłuchać Waszych zakodowanych par aktor-głos albo rola-dubbing. A może lektor do tego?

MuWi



czwartek, 14 lutego 2013

Prawda jest taka, że i wybitnym zdarza się pobłądzić.

Witajcie! Dzisiaj znowu ja. Pomyślałam, że produktywnie wykorzystam czas zimowych ferii i nadrobię zaległości związane z moim blogowym angażem. Tyle tytułem wstępu.

Chciałabym poruszyć temat, który od kilku dni siedzi w mojej głowie i bynajmniej nie chce się z niej wydostać. Związany jest on z poważnym rozczarowaniem. Być może zostanę zlinczowana, zrównana z ziemią przez zwolenników tego tytułu (a jest ich wielu), ale zaryzykuję.




Wojciech Smarzowski, ceniony, również przeze mnie, reżyser oraz scenarzysta. Twórca zachwycający swoimi filmami nawet najbardziej wytrawnych krytyków. Porusza wiele kontrowersyjnych zagadnień. Między innymi to dzięki niemu nasze kino ewoluuje, nie opiera się wyłącznie na słodko-gorzkich opowiastkach podpatrzonych u artystów zza oceanu. Potrafi także w sposób szalenie wiarygodny przedstawić daną historię. Kreuje klimat, świat oraz bohaterów tak, by widz nie posiadał żadnych obiekcji, zarzutów. 



Co ludzie powiedzą?
"Wesele" zapoczątkowało tak naprawdę moje zainteresowanie dorobkiem tego pana. Pamiętam, że obejrzane zostało przeze mnie lata temu, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Śmiało mogę powiedzieć, iż niewiele zrozumiałam z przekazu, lecz wyłapywałam smaczki i niuanse z podanej treści. Wydawało mi się, że jest to ciekawa komedia, zabawna, lecz nic poza tym. Dopiero teraz, po wielokrotnym odtworzeniu tej pozycji, uderzyło mnie to, jak bardzo się myliłam. Owszem, subtelności dalej potrafię dostrzec, ale sens pracy jako całokształt zmienił się diametralnie. Bo w fabule tak naprawdę nie rozchodzi się o śmiech. Istotę stanowi zatracenie cząstek charakteru w celu podporządkowania się społeczności. I to jest bolesne.




Złe czasy
"Róża", a więc kolejny poważny seans, w którego pomyślność wierzyłam. O filmie było głośno zanim pojawił się w kinach. Zebrał wiele prestiżowych nagród. Nie bez powodu. Dużo intensywności, jeszcze więcej okrucieństwa, cała masa ambiwalentnych doświadczeń. Tak sobie myślę, że to produkcja, która nie jest do podobania się. Produkcja, o której mówienie nie powinno polegać na żonglowaniu, czyli luźnym prawieniu o zaletach jak i wadach techniczno-aktorskich, porównując ją przy okazji do innych, mniej lub bardziej podobnych dzieł. "Róża" zasługuje na osobną furtkę.



Powielanie schematu (w oparciu o mój filmłebowski post)
"Drogówka", czyli najnowsza propozycja Smarzowskiego. Nie sądzę oczywiście, że jest zła (widziałam o wiele gorsze, marniejsze wyroby filmopodobne), ale dobra - to za dużo powiedziane. Reżyser miał pomysł, temat, zatrudnionych aktorów, opracowaną symbolikę, lecz czy to wystarczy?

Plusy: gra aktorska; oddawanie stanów emocjonalnych; zdjęcia.
Minusy: powtarzalność ruchów kamer; kopiowanie pewnych tekstów/haseł; przesadny erotyzm (dla tych, którzy widzieli - dezorientacja połączona z salwą śmiechu na sali wywołała scena w samochodzie z tym policjantem od de facto - czy to naprawdę było konieczne?); wódka lejąca się strumieniami i ta wszechobecna nagość.

Uważam, że Smarzowski co rusz decydował się ukazywać nam rozwiązłość swoich bohaterów, by nie tylko unaocznić, w jaki sposób działają służbiści, ale coby uatrakcyjnić fabułę. Niegdyś sam scenariusz wystarczył (był na tyle porządny), a kontrowersja pojawiała się jako dodatek. W "Drogówce" stało się odwrotnie. Nie wiem tylko dlaczego. 
To jest wyłącznie mój osąd, z którym nikt nie musi się zgadzać. Jestem zawiedziona, ponieważ nie do końca tego się spodziewałam, ale myślę, że w przyszłości dam mu jeszcze szansę. Zobaczymy, czy się zrehabilituje. 

Archibald Sofia