środa, 27 marca 2013

Festiwal Filmowy to niegłupia sprawa

Witajcie!
Ja, jako entuzjastka kina polskiego, nie mogłam przejść obojętnie obok faktu zbliżającego się wielkimi krokami Festiwalu Filmowego "Polonica". Narastająca ekscytacja sięgnęła apogeum, gdy w moje ręce dostał się szczegółowy program tegorocznego eventu. "Syberiada Polska", "Piąta pora roku", "Miłość", "Fuck for Forest" to tylko kilka z propozycji spędzenia produktywnych, bogatych w kulturę wieczorów. Miałam możliwość przyjrzenia się dwóm obrazom.

Pierwszy z nich - "Dzień Kobiet", reż. Maria Sadowska



Pełnometrażowy debiut, który, nie ukrywam, zrobił na mnie spore wrażenie. Przed pójściem do kina wahałam się. Zadawałam sobie pytanie - czy w ogóle warto? Dziś jestem bardzo zadowolona, ponieważ nie uległam rozrastającym się jak grzyby po deszczu nieprzychylnym opiniom internautów.

Bohaterka filmu, Halina, stanowi przykład nieco niechlujnej, lecz z pewnością emocjonalnej, wrażliwej kobiety, której przyszło wykonywać kiepską pracę za marne wynagrodzenie. Szarość dnia codziennego odbijała się echem na wychowywaniu nastoletniej córki ufającej tylko i wyłącznie grom komputerowym. Pojawiła się jednak nowa perspektywa, a mianowicie możliwość awansu. Tym samym dotychczasowe pełniące przez nią stanowisko kasjerki zostało zastąpione znacznie bardziej przyjemną, można by rzecz, wygórowaną posadą kierowniczki supermarketu "Motylek". Bo dyrygować ludźmi jest łatwo, ale robić to zgodnie z prawem sumienia, już nie do końca. Oscylując między zwierzchnikiem a podwładnymi, utworzyła się swoista siatka zależności, z której droga ku wyjściu nie będzie należała do najprostszych. 

Poważny temat, ale nie brak w nim dobrego, przemyślanego humoru, który momentami odsuwał na boczny tor skumulowane napięcie. Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługuje odtwórczyni głównej roli, Katarzyna Kwiatkowska oraz tło aktorskie, na które składały się bardziej bądź mniej zaangażowane kreacje. 

Drugie dzieło - "Być jak Kazimierz Deyna", reż. Anna Wieczur-Bluszcz


Doprawdy, aż trudno uwierzyć, że tak pozytywny, zabawny, przyjemny film powstał akurat w naszym kraju, w którym wszelakiej maści twórcy/reżyserzy/scenarzyści lubują się w przedstawianiu na ogół trudnych tematów. 

Poznajemy Kazika, chłopca urodzonego dokładnie tego samego dnia, kiedy to Kazimierz Deyna podczas meczu Polska - Portugalia strzela słynną bramkę, jednocześnie powodując chmarę szaleństwa w gronie zaściankowego, komunistycznego narodu. Bynajmniej nie jest to opowieść o dalszych losach zasłużonego futbolisty. Śledzimy dzieciństwo i okres dorastania młodzieńca, na jego wczesnej dorosłości kończąc. Znaczące imię do czegoś zobowiązuje. Ojciec, Stefan, pragnie zaszczepić w dziecku ducha walki, którego z pewnością posiadał adorowany przez niego Deyna. Zaprowadza go zatem na treningi piłki nożnej, mając nieskromną nadzieję, iż syn zdoła, na mniejszą lub większą skalę, ten sukces powtórzyć. Upłynęło wiele czasu, a nieletni jest ewidentnie na bakier ze sportem. Postanawia zaprzestać swoich sił i znaleźć własny cel, który nie będzie wyłącznie wytworem pragnień maniakalnego rodziciela.

Szalenie miły seans powodujący permanentny uśmiech na twarzy. A przynajmniej tak było w moim przypadku. Duet Bluszcz-Muskała ukazał pewnego rodzaju kompatybilność, współistnienie. Warto by również wyróżnić Jerzego Trelę wcielającego się w postać dziadka, który mimo sporadycznych, aczkolwiek mocnych wejść, na długo pozostaje w pamięci.

Pamiętam, że zeszłoroczne doświadczenia związane z tym przedsięwzięciem rozczarowały mnie znacznie bardziej. Może to ze względu na mniej interesujący dobór repertuaru. Na chwilę obecną zostawiam Was z pytaniami - co sądzicie na temat Festiwali Filmowych? Uczęszczacie na nie? Traktujecie je jako luźny przegląd szumnych tytułów czy jesteście nastawieni na zapoznanie się "od podszewki" z tego typu imprezami?!

Archibald Sofia



piątek, 15 marca 2013

"Nędznicy", reż. Tom Hooper (recenzja dialogowana)




MuWi: Sofia, pochwalę Ci się. Byłem w kinie na musicaluuuuuuu! I żyję! :)
Archibald Sofia: I jak wrażenia?
MuWi: Powiem trochę przekornie: gdyby nie 15 minut reklam przed seansem, to by nie było żadnych dialogów ;) Niemniej, trochę zmieniłem zdanie o musicalach... Aha: byłem na "Les Miserables".
Archibald Sofia: Moim zdaniem jest to propozycja dla bardziej zdystansowanego musicalomaniaka, ponieważ, jak wspomniałeś, kwestie mówione są znikome. Ogółem - podobało się?
MuWi: miejscami...
Archibald Sofia: To dosyć lakoniczne stwierdzenie jak na tak ogromne przedsięwzięcie filmowe :).
MuWi: To zacznę od tego, że rzeczywiście, z rozmachem to zrobili. To na plus! Choć były momenty takie... Pełne Patosu. Lekko "niestrawne" - delikatnie powiem. Zawsze tak jest w musicalach?
Archibald Sofia: Mam wrażenie, że w musicalach ważny jest klimat, aby widz "wtopił się" w opowiadaną historię. Twórcy lubią posuwać się w tym o krok za daleko, a więc wyolbrzymiać dane zagadnienia. Co na temat kreacji aktorskich?
MuWi: Ha! Tu sporo obserwacji poczyniłem! I nie wiem od kogo zacząć. Może po kolei. Najładniejszy głos (barwa, tembr) dla mnie miała Eponine. Bez dwóch zdań. Tym też trochę "ukradła" rolę kobiecą Cosette. Co Ty na to?
Archibald Sofia: Podzielam opinię. Co się tyczy starszej wersji Cosette, dla mnie ona w filmie praktycznie nie istniała. Bardzo rozmyta, niewyraźna, źle poprowadzona postać. Natomiast Hathaway przeszła samą siebie i nawet, jeśli było jej na ekranie niewiele, zapadła w pamięć. Dynamiczna, emocjonalna, lecz tym samym gorsza wokalnie. Czy zasłużyła jednak na Oscara?
MuWi: Bo ja wiem? Nie znam się. A już na pewno nie docieknę gustów Akademii. Mnie się podobała. I jej "podwędzenie" roli Cosette skojarzyło mi się z tym, jak Domogarow "ukradł" Bohunem wrażenie Skrzetuskiego Żebrowskiego. A! Jeszcze dzieci - one zagrały niesamowicie: mała Cosette i Gavroche. 




Archibald Sofia: Pozostała jeszcze Bonham-Carter. Jak zwykle w mrocznej, niebanalnej stylizacji odnalazła się w stu procentach. A jak kreacje męskie? Dla mnie świetny Javert, przyzwoity Valjean, miałki Marius z jego kompanią braci-rewolucjonistów na czele. 
MuWi: Javert świetny? Chyba jako hip-hopowiec z jego melorecytacją! Z całym szacunkiem, ale nie ujął mnie. Choć przyznam, że pod koniec zaczął lepiej śpiewać. Z męskich to Sascha Baron Cohen! Przynajmniej on wniósł świeżość i bez-pretensjonalność! Ale, żeby nie było: najmilej mi się słuchało/oglądało męskie duety - niesamowicie to wyglądało/brzmiało, gdy Valjean walczył z Javertem w szpitalu! Było kilka niesamowitych duetów i trio! Nie uważasz?
Archibald Sofia: Zamierzam jednak bronić Crowe'a i przyjrzeć mu się dogłębniej w innych filmach. Jakoś wcześniej mi umykał. Wracając do muzyki - jesteś w stanie wyodrębnić jeden konkretny utwór, który skradł Ci serce? Po dłuższym namyśle stawiam na "One day more". 
MuWi: Znowu będę nieco przekorny, gdyż żaden utwór (jeśli rozumieć je jako muzyka plus tekst) mnie nie ujął. Ale sama ścieżka dźwiękowa... Mmmm! Dlatego zostałem do końca ostatniego kawałka w czasie napisów końcowych, żeby się sycić muzyką! Bez śpiewu, a jakże! Moim skromnym zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie niektórych momentów z dialogami mówionymi przy jednoczesnym podkładzie fenomenalnej muzyki! A Russell w pierwszej połowie filmu tylko zagłuszał muzykę swoim "zgrzypieniem". Choć potem się poprawił. Ale tylko nieco!
Archibald Sofia: Nie przyznaję racji odnośnie Crowe'a. Był kompletny. Najwyraźniej nie został szczególnie doceniony, bo nawet nie otrzymał nominacji. A szkoda. Co sądzisz o wizualnej stronie filmu?
MuWi: Trochę za czarna jak dla mnie. Ale chyba to przez to, że tak ogólnie nie lubię miasta i jego szarzyzny. Sofia, mogę mieć pytanie? Ty się osłuchujesz w musicalach, to powiedz mi jak to jest: zawsze partie chóralne bywają takie energetyczne? Bo mnie urzekły utwory śpiewane/grane chórami (galerniczy, żebracy, goście karczmy, rewolucjoniści itd) - niesamowicie dodawały tempa. Nawet, jeśli tematycznie nie były koniecznie "wesołe".
Archibald Sofia: Czerń, okołomiejska szarzyzna genialnie kontrastuje z wnętrzem karczmy, z ubiorem państwa Thernardier bogatym w odcienie zieleni, beżu, pomarańczu. Co do Twojego pytania, trudno stwierdzić czy ZAWSZE. Z mojego punktu widzenia, a więc osoby, która nie zna wszystkich czy nawet większości filmów muzycznych, oprawa chóralna zwykle zaskakiwała. Poprzez moc głosów zespolonych ze sobą potęgowało się napięcie, co też wpływało na ocenę klimatu/nastroju produkcji.




MuWi: Niemniej, tę chóralną odmianę patosu uważam za udaną. Ale "napompowane" solówki do mnie nie przemawiają. Więc: trio Eponine-Cosette-Marius oraz chórki (na przykład ten ze slumsów Saint Michelle albo z barykad) TAK! Ale melorecytacja Javerta NIE! Wolę dialogi. A jak Twoje wrażenie, tak ogólnie?
Archibald Sofia: "Les Miserables" zrobiono z impetem. Co prawda doświadczyłam paru nużących momentów, lecz summa summarum - warto obejrzeć. Dla ŚWIETNEGO Crowe'a, bezkonkurencyjnej Hathaway i kilku znaczących utworów.




MuWi, Archibald Sofia

wtorek, 5 marca 2013

"Ładunek 200", reż. Aleksiej Bałabanow



Nie spodziewałam się tak głęboko dotykającej historii Rosji, a wówczas Związku Radzieckiego, okraszonej obyczajowo-politycznym tłem. Po przeczytaniu różnorodnych opinii panujących w internecie nie wiedziałam, czym zostanę nakarmiona. W rzeczy samej, najadłam się do syta, a na wyprawioną mi ucztę pod żadnym pozorem nie mogę narzekać. 

W śmiało rozwiniętej fabule Bałabanow zdecydował się ukazać panoramę społeczną oraz zwykłych mieszczan, którzy wiodą prosty żywot na pierwszy rzut oka pozbawiony skandali. Jednak wraz z upływem czasu widz przekonuje się o tym, że lekka forma jest tylko przedsmakiem brutalnych następstw, nijak nie przygotowuje do wydarzeń mających swój rozkwit w kolejnych scenach. 

Poznajemy młodą dziewczynę, Andżelikę, córkę sekretarza partii, która po dyskotekowych harcach decyduje się na przejażdżkę samochodową z chłopakiem swojej przyjaciółki. Trafiają w samo centrum bezkresu, wzbogacone jedynie o przeciętnie prosperujące gospodarstwo. Nim odbiorca zdąży się zorientować, niewiasta znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie oraz splocie okoliczności zagrażającym jej życiu, a towarzyszący chłopak znika bez śladu. Osobą dopuszczającą się uprowadzenia niewinnej kobiety jest nie kto inny jak komisarz Żurow. Postanawia on więzić swoją ofiarę w czterech ścianach własnego pokoju, przywiązaną do łóżka. Asekurując i kontrolując sytuację, zapobiega rozwojowi niepożądanych wypadków. Mężczyzna czuje chorą fascynację i toksyczne przywiązanie, dlatego nie pozwala nikomu innemu poza nim i matką zajmować się Andżeliką. Pod maską fałszywej humanitarności, którą zakłada w pracy, kryje się zwierzęca porywczość i sadyzm. Oprawca stanowi przykład jednego z wielu służbistów charakteryzujących się spaczonym poczuciem norm moralnych. Można by się zastanowić nad tym, co popycha bohatera do tak radykalnych czynów. Czy jest samotny? A może szalony? Czy jego dotychczasowa egzystencja przepełniona była bólem i odosobnieniem, więc poprzez bunt i postawę skierowaną opozycyjnie do kanonów rządzących bytem, usiłuje wprowadzić pewnego rodzaju porządek?



Twórcy bezpardonowo obchodzą się krytykiem, nie traktują go na tzw. "dwa głaski", racząc pięknymi zdjęciami, przyjemnymi widokami czy pokrzepiającymi dialogami. Seans ten pokazuje w dość efektywny sposób znieczulicę ludzką i moc przebicia oraz działania władz rządzących w państwie. 

Archibald Sofia

niedziela, 24 lutego 2013

A może lektor do tego?

Lektor. A w zasadzie film z lektorem. Reflektujecie?

Tak się ostatnio zastanawiałem nad tym, jak to jest w moim oglądaniu filmów z/bez lektora oraz z dubbingiem. No i sam siebie zaskoczyłem, bo okazało się, że nie jest tak, jak myślałem. 

A myślałem, że to chaos: raz biorę z lektorem, innym razem w oryginalnej ścieżce a dubbingowane - rozumie się samo przez się, że biorę w dubbingu polskich lektorów. Tymczasem...

Uświadomiłem sobie, że niektóre filmy (szczególnie te, do których wracam po raz drugi i następny) lubię oglądać w wersjach oryginalnej i z polskim lektorem. I że jest tu klucz! A kluczem tym jest... głos aktora/aktorki!

Uzmysłowiłem sobie, że nie wyobrażam sobie nakładki polskiego (nawet najlepszego aktora/lektora) na głos Marlona Brando - tę aksamitną chrypę krzywoustego mafioso! Nikt nie zaskrzypi tak jak on "I'll make him an offer, he can't refuse!" Albo - jeśli już jesteśmy przy specyficznym głosie - nikt nie odda bełkotliwie-niezsynchronizowanego języka Johnny'ego Deppa z "Truposza" i "Piratów". Nie wyobrażam sobie też monotonnego głosu lektora nałożonego na Roberto Benigniego z "La vita e bella"! Albo posępnego Clinta Eastwooda - jego się nie da nie słuchać. O jedwabnych głosach wielu aktorek nie wspominając!



Ale od razu moje wspomnienia odbiły piłeczkę i.... Okazało się, że nie wyobrażam sobie też innego głosu osła ze Shreka - niż ten podłożony przez nijakiego Jerzego Stuhra. A owszem - słyszałem Eddiego Murphy'ego - ale to nie to samo! A najlepszy jest Gollum z "Władcy pierścieni" - nie wyobrażam sobie, jak jakiś lektor czyta jego kaszlane "gollum, gollum" (sic!).

Skoro o bajkach mowa - Kaczor Donald, pamiętacie? :)
I na koniec stwierdziłem, że nie oddam głosu na "tak" ani na "nie" po żadnej stronie! Niech sobie istnieją lektorzy, dubbingi i oryginalne wersje razem. A mnie, niech będzie wolno sobie wybierać! I kompromis gotowy! A i jaki twórczy!

Wiem, że ilu oglądaczo-słuchaczy filmów, tyle pewnie preferencji. Te powyższe są moje - mnie się wspomniały na szybko przy tym wywodzie. Ale miło będzie posłuchać Waszych zakodowanych par aktor-głos albo rola-dubbing. A może lektor do tego?

MuWi



czwartek, 14 lutego 2013

Prawda jest taka, że i wybitnym zdarza się pobłądzić.

Witajcie! Dzisiaj znowu ja. Pomyślałam, że produktywnie wykorzystam czas zimowych ferii i nadrobię zaległości związane z moim blogowym angażem. Tyle tytułem wstępu.

Chciałabym poruszyć temat, który od kilku dni siedzi w mojej głowie i bynajmniej nie chce się z niej wydostać. Związany jest on z poważnym rozczarowaniem. Być może zostanę zlinczowana, zrównana z ziemią przez zwolenników tego tytułu (a jest ich wielu), ale zaryzykuję.




Wojciech Smarzowski, ceniony, również przeze mnie, reżyser oraz scenarzysta. Twórca zachwycający swoimi filmami nawet najbardziej wytrawnych krytyków. Porusza wiele kontrowersyjnych zagadnień. Między innymi to dzięki niemu nasze kino ewoluuje, nie opiera się wyłącznie na słodko-gorzkich opowiastkach podpatrzonych u artystów zza oceanu. Potrafi także w sposób szalenie wiarygodny przedstawić daną historię. Kreuje klimat, świat oraz bohaterów tak, by widz nie posiadał żadnych obiekcji, zarzutów. 



Co ludzie powiedzą?
"Wesele" zapoczątkowało tak naprawdę moje zainteresowanie dorobkiem tego pana. Pamiętam, że obejrzane zostało przeze mnie lata temu, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Śmiało mogę powiedzieć, iż niewiele zrozumiałam z przekazu, lecz wyłapywałam smaczki i niuanse z podanej treści. Wydawało mi się, że jest to ciekawa komedia, zabawna, lecz nic poza tym. Dopiero teraz, po wielokrotnym odtworzeniu tej pozycji, uderzyło mnie to, jak bardzo się myliłam. Owszem, subtelności dalej potrafię dostrzec, ale sens pracy jako całokształt zmienił się diametralnie. Bo w fabule tak naprawdę nie rozchodzi się o śmiech. Istotę stanowi zatracenie cząstek charakteru w celu podporządkowania się społeczności. I to jest bolesne.




Złe czasy
"Róża", a więc kolejny poważny seans, w którego pomyślność wierzyłam. O filmie było głośno zanim pojawił się w kinach. Zebrał wiele prestiżowych nagród. Nie bez powodu. Dużo intensywności, jeszcze więcej okrucieństwa, cała masa ambiwalentnych doświadczeń. Tak sobie myślę, że to produkcja, która nie jest do podobania się. Produkcja, o której mówienie nie powinno polegać na żonglowaniu, czyli luźnym prawieniu o zaletach jak i wadach techniczno-aktorskich, porównując ją przy okazji do innych, mniej lub bardziej podobnych dzieł. "Róża" zasługuje na osobną furtkę.



Powielanie schematu (w oparciu o mój filmłebowski post)
"Drogówka", czyli najnowsza propozycja Smarzowskiego. Nie sądzę oczywiście, że jest zła (widziałam o wiele gorsze, marniejsze wyroby filmopodobne), ale dobra - to za dużo powiedziane. Reżyser miał pomysł, temat, zatrudnionych aktorów, opracowaną symbolikę, lecz czy to wystarczy?

Plusy: gra aktorska; oddawanie stanów emocjonalnych; zdjęcia.
Minusy: powtarzalność ruchów kamer; kopiowanie pewnych tekstów/haseł; przesadny erotyzm (dla tych, którzy widzieli - dezorientacja połączona z salwą śmiechu na sali wywołała scena w samochodzie z tym policjantem od de facto - czy to naprawdę było konieczne?); wódka lejąca się strumieniami i ta wszechobecna nagość.

Uważam, że Smarzowski co rusz decydował się ukazywać nam rozwiązłość swoich bohaterów, by nie tylko unaocznić, w jaki sposób działają służbiści, ale coby uatrakcyjnić fabułę. Niegdyś sam scenariusz wystarczył (był na tyle porządny), a kontrowersja pojawiała się jako dodatek. W "Drogówce" stało się odwrotnie. Nie wiem tylko dlaczego. 
To jest wyłącznie mój osąd, z którym nikt nie musi się zgadzać. Jestem zawiedziona, ponieważ nie do końca tego się spodziewałam, ale myślę, że w przyszłości dam mu jeszcze szansę. Zobaczymy, czy się zrehabilituje. 

Archibald Sofia



poniedziałek, 4 lutego 2013

"Służące", reż. Tate Taylor



Szum medialny, ogromne plakaty, znane nazwiska. Niemal każdy kinomaniak czuł zapach nadchodzącego sukcesu, a w momencie pojawienia się "Służących" w kinach, sale wypełnione były ludźmi po brzegi. Rozmnażające się pochlebne recenzje internetowy wzmagały tylko uczucie pragnienia wśród tych, którzy nie mieli okazji przyjrzeć się obrazowi Tate'a Taylora dogłębniej.

Lata 60 XX wieku. Jackson w stanie Missisipi to niewielka miejscowość rozwijająca się w duchu korzennych tradycji. Biali mieszkańcy świadomi tego, kim są, skąd pochodzą, do czego w życiu dążą, znajdują się nie tylko na piedestale największych wydarzeń towarzyskich, lecz dzień w dzień powtarzają jak mantrę ichniejszy system wierzeń. Wyklucza on nawiązywanie jakichkolwiek bliższych relacji z czarnymi ludźmi. Segregacja rasowa przez wiele lat dzieliła społeczeństwo na tych lepszych, wysoko postawionych właścicieli wielkich domów i bujnych ogrodów wymagających pielęgnacji. Niewdzięczna praca będąca najczęściej fizycznym, a nawet katorżniczym wysiłkiem wykonywana była przez Murzynki. Ciemny kolor skóry okazał się w dużej mierze przekleństwem, ale też brakiem przepustki do możliwości bywania w konkretnych miejscach publicznych oraz korzystania z tych samych toalet co ówczesna elita. 

Eugenia Pheelan jest młodą, ambitną absolwentką studiów dziennikarskich. Marzy o sukcesie, który mógłby poprowadzić ją na sam szczyt zawodowego spełnienia. Tymczasem otrzymuje niewygórowaną posadę w "The Jackson Journal", gdzie udziela porad gospodyniom domowym, wcielając się w postać panny Myrny. Swój wolny czas rozdziela na obserwację brydżowo-balowej egzystencji przyjaciółek z Ligii oraz na poddawanie się licznym zabiegom upiększającym będącym inicjacjami jej kapryśnej matki. Mając w sobie rosnące poczucie bezsilności i wstydu, decyduje się odmienić losy Południa. Szczytne, nieprawdaż? A przecież takich śmiałków było już wielu. Jednak Skeeter wierzy w to, że jest w stanie przerwać milczenie i napisać książkę, która ukazałaby szarzyznę i bezsens pracy służących. Zawiera potajemne kontakty z Aibileen, Minny, a następnie kilkunastoma innymi kobietami, skrupulatnie zapisując doświadczenia związane  z poniżaniem i złym traktowaniem przez pracodawców. To ryzykowne posunięcie. Balansowanie na granicy norm, przeciwstawianie się prawu. Czy szczerość może zbudować silną pozycję jednostki wśród zacofanej populacji?


"Eat my shit!"


Dzieło to uważam za niezwykle kompletne. Zabawna, wzruszająca, odpowiednio wyważona historia. Ciepły, wartościowy film, moim zdaniem bardzo mocno usytuowany w szeregach kina amerykańskiego. Szczerze polecam!

Archibald Sofia


wtorek, 29 stycznia 2013

Jak WRAŻLIWE UCHO z PODEPTANYM PRZEZ SŁONIA dyskutowało...

No hej, witamy ponownie! :)
Dziś będzie trochę... niestandardowo, lecz zanim przystąpimy do opublikowania tego, co dla Was przygotowaliśmy, mamy w zanadrzu kilka słów podziękowań. Jest nam ogromnie miło, że grono czytelników tego bloga się powiększa. Chętnie komentujecie nasze wypociny, czekając na kolejne posty. Dzięki Wam nasza praca nie zostaje zmarnowana. Ba, wtedy ma ona największy sens. Także dzięki, no. :*


Jak WRAŻLIWE UCHO z PODEPTANYM PRZEZ SŁONIA dyskutowało - czyli rzecz o lubieniu i nie-lubieniu musicali /o musicalach w kinie/.

MuWi: Sofia, po co się kręci musicale?
Archibald Sofia: Cóż, pewnie z tych samych przyczyn, z których kręci się filmy familijne, surrealistyczne czy science-fiction. Dla uciechy odbiorców. Muzyka jest chyba obecna w życiu każdego z nas.
MuWi: A nie dałoby się zrobić filmu bez śpiewania? 
Archibald Sofia: Hmmm. Dziś w kinie można wszystko. Choć w moim mniemaniu jest to nieodłączny element musicalu bądź filmu muzycznego. A co, uszy dalej bolą po śpiewie Johnny'ego Deppa w "Sweeney Toddzie"? 



MuWi: Johnny ma miękki głos w okolicach pewnie basu/barytonu - nie znam się aż tak - w każdym bądź razie nie jest tak źle. Gorzej, bo jeśli ciekawi mnie fabuła a męczy (!) podanie jej w wersji śpiewanej - to wolałbym, żeby nakręcili dwa filmy: jeden dla uszu laika - NORMALNY, a drugi dla koneserów, musical. Czemu tak nie robią?!
Archibald Sofia: A jak widzi Ci się zrezygnowanie z pewnych elementów w filmie akcji? (np. jeśli twórcy odpuściliby parę scen pościgowych na rzecz jakichś górnolotnych dialogów czy rozwinięcia psychologizacji postaci). Teoretycznie dzieło dalej opowiadałoby o tym samym, ale bez EFEKTU i CECH gatunkowych. A dlaczego nie robią? Po co mieliby rezygnować ze swojej wizji? Myślę, że też gra w tym niemałą rolę ponowny angaż, dodatkowa praca.
MuWi: Ale tym samym rezygnują z niektórych widzów, nieprawdaż? Na przykład takich uczulonych na musicale, hehe.
Archibald Sofia: Voila, niektórych. Odnoszę wrażenie, że i tak większość widzów nie ma z tym problemu. A osiągnięcie korzyści filmu polega chyba na wysokiej oglądalności, co na pewno "koneserzy musicali" porządnie zapewniają. 
MuWi: Czyli ci wierni widzowie musicali kręcą się w kółko w swoim własnym gronie. Jak sardynki w puszce? A mnie chodzi bardziej o przekonanie takich niechętnych/laików jak ja do czegoś tak niszowego (w moim profanującym odczuciu) jak musical.
Archibald Sofia: Może warto nie bać się eksperymentów? Z jakimi musicalami miałeś styczność dotychczas? Pewnie natrafiałeś na tytuły, które Cię skutecznie zniechęciły do dalszego zagłębiania się w kolejne obrazy, stąd ten dystans. Dlaczego by nie spróbować ponownie?



MuWi: Nie wydaję mi się, żeby chodziło o tytuły. Raczej o samą formę.
Archibald Sofia: Jeśli forma męczy, bez sensu oglądać coś na siłę. Znam przypadki, że osoby nie miały jak dotąd dobrych doświadczeń z filmami muzycznymi, a gdy w końcu natrafiły na swoisty "smaczek", zaczęły z zainteresowaniem poznawać tę dziedzinę kina, więc chyba trochę chodzi o tytuły. Bo raz się zrobi coś z większym rozmachem, zatrudni profesjonalnych muzyków do pracy - i są efekty, ludzie się przekonują. A czasem, co wynika z niewiedzy, laicy kopią w marnych produkcjach, co tylko potęguję tę niechęć.
MuWi: Tak szczerze, to obawiam się podać jakikolwiek tytuł, bo podejrzewam, że i to nie pomoże (pewno wśród wielbicieli musicali też są fani takiego czy innego obrazu). A jakbyś mnie, Sofia, miała przekonać do musicali bez konkretnych tytułów, klasyków? (swoją drogą: klasyki też mnie nie przekonują)
Archibald Sofia: Wiesz co, kino nie gryzie. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że będzie to słaba produkcja i szkoda marnować na nią czasu, obejrzyj. Czemu by nie? Przynajmniej pojawi się ta świadomość, że jako sympatyk kina ZNASZ ten tytuł i masz prawo polemizować z innymi. Daj sobie szansę. Myślę, że  my, fani X muzy, powinniśmy obcować z kinematografią nie tylko dla własnej rozrywki czy przyjemności, ale i dla wiedzy.
MuWi: Ale kiedy ja czuję, że się nigdy nie poznam na musicalach! Bo "oglądnąć" musical a "znać" musical to chyba różnica, nieprawdaż?
Archibald Sofia: Różnica i to spora. Trzeba zapoznać się z wieloma tytułami-klasykami i nie tylko, aby móc powiedzieć o sobie, że jest się "znawcą". Ale czemu miałbyś nie poznawać? Tak jak napisałam, ciekawie byłoby potraktować to jako formę nauki, która nie jest wiedzą bezużyteczną, ale może przydać się w przyszłości.



MuWi: Dobrze, to powiedz mi, Sofia, czego można się "nauczyć" z oglądania musicali, kiedy ma się przedeptane przez słonia ucho, hm?
Archibald Sofia: Myślę, że w takim przypadku warto zwracać uwagę na dodatkowe detale, a śpiew potraktować z przymrużeniem oka. Pamiętasz, w "Sweeney Toddzie" przodowały piękne zdjęcia i niebanalna historia. Generalnie - odnajdywać ukryte sensy, niekiedy utożsamiać się z bohaterami, czyli oceniać dany obraz wielopłaszczyznowo, nie na zasadzie doszukiwania się mankamentów. A co najważniejsze - dawać sobie szansę i czas na polubienie tego gatunku, bo oprawa muzyczna nie stanowi całokształtu.
MuWi: Czyli nie będziesz po mnie krzyczeć, jak Ci powiem, że w jakimś musicalu podobała mi się scenografia, fabuła i postaci, ale nie... muzyka???
Archibald Sofia: A czy kiedykolwiek krzyczałam? Oczywiście, że nie.

MuWi, Archibald Sofia